Thursday, 27 June 2013

Poznaj nasze opinie: Zdrowa opalenizna? To możliwe!

Wiesz, że opalanie szkodzi, ale mimo to chciałabyś wrócić z wakacji pięknie opalona.


Czy można zrobić to bezpiecznie? To niełatwe, ale możliwe.


Jeszcze kilkadziesiąt lat temu opalanie było szalenie modne, a lekarze podkreślali jego, udowodnione naukowo, prozdrowotne właściwości. Pod wpływem promieni słonecznych dochodzi do syntezy wit. D w organizmie, szybciej goją się rany i znikają ropne wykwity. Jednak kolejne badania dowiodły, że kąpiele słoneczne mają też bardzo poważne minusy.
Dlaczego słońce szkodzi?

Promienie słoneczne składają się z fal o różnej długości: 40 proc. to promienie świetlne czyli widzialne, 59 proc. to promienie podczerwone czyli cieplne. Natomiast 1 proc. promieniowania słonecznego stanowi tzw. ultrafiolet (UV) i to właśnie odkrycie jego właściwości spowodowało tak diametralną zmianę. Okazało się, że opalanie może być dla nas nawet zabójcze. Uporczywe wystawianie się na słońce powoduje zmiany nowotworowe, m.in. bardzo groźnego czerniaka, nabłoniaka kolczysto i podstawnokomórkowego, zmienia genetyczną strukturę skóry, przyspiesza jej starzenie. Promienie UV uszkadzają włókna kolagenowe utrzymujące jędrność i sprężystość skóry. Mogą powodować atopowe zapalenie skóry, przebarwienia, piegi, rogowacenie i plamy soczewicowate. Z kolei zalety promieni słonecznych, np. w leczeniu trądziku, okazały się mocno przereklamowane.

Sprawdź swój fototyp

Głównym mechanizmem obronnym skóry przed promieniowaniem UV jest opalenizna. Brązowe zabarwienie skóry zawdzięczamy melaninie, czyli specjalnemu barwnikowi, które odkłada się w naskórku, by chronić komórki skóry przed uszkodzeniem. Nasza zdolność do, w miarę bezpiecznego, przyswojenia pewnej dawki promieni słonecznych, zależy od tego, jaką zdolność produkcji melaniny ma nasz organizm. W zależności od tego jesteśmy przypisywani do jednego z tzw. fototypów.

Pierwszym krokiem na drodze do pięknej i zdrowej opalenizny jest ustalenie naszego fototypu. Możemy to zrobić samodzielnie, biorąc pod uwagę barwę skóry, oczu i włosów. Na świecie wyróżnia się sześć fototypów, z tym, że piąty i szósty zarezerwowane są dla osób pochodzenia azjatyckiego i czarnoskórych. W Polsce rzadko występuje też jedynka, czyli typ celtycki, o jasnoróżowej skórze, jasnoblond lub rudych włosach, jasnych oczach i dużej ilości piegów. Jeśli jednak przypadkiem go posiadasz, to musisz, niestety, całkowicie zrezygnować z opalania.

Najpopularniejsze w naszym kraju fototypy to:

- północnoeuropejski. Cechuje się jasną skórą, na której czasami występują piegi, włosami blond lub bardzo jasny brąz, niebieskimi, zielonymi lub szarymi oczami. Pod wpływem słońca skóra szybko czerwienieje i łatwo ulega poparzeniom. Możliwe jest zyskanie ładnej opalenizny, ale trzeba przez długi czas zażywać krótkich (kilku, kilkunastominutowych) kąpieli słonecznych.

- środkowoeuropejski, który skórę ma jasną do brązowej, bez piegów, oczy szare lub brązowe, a włosy ciemny blond do brązowych. Takie osoby mają stosunkowo duża odporność skóry na poparzenia. Już nieduża dawka słońca wywołuje pigmentację i zbrązowienie skóry, ale zbyt duża nadal wywołuje oparzenia.

- południowoeuropejski ze skórą jasnobrązową lub oliwkową o ciemnych włosach i oczach. Szybko się opala. Skóra ma dużą odporność na poparzenia słoneczne, ale także w tym fototypie pod wpływem promieniowania UV nasila się jej starzenie.

Pamiętajmy jednak, że mimo określonego fototypu, tolerancja słońca zależy od wielu innych czynników, m.in. od wieku, np. mniejsza się po pięćdziesiątym roku życia. U kobiet wrażliwość na słońce zwiększa się przed miesiączką i w jej pierwszym dniu. Jeśli zażywasz jakiekolwiek lekarstwa, zanim wybierzesz się na plażę, powinnaś przeczytać dokładnie ulotkę lub zapytać lekarza czy stosując dany medykament możesz się opalać. Niektóre preparaty antydepresyjne, antykoncepcyjne czy przeciwcukrzycowe uwrażliwiają na działanie promieni słonecznych. Podobnie działa dziurawiec, melisa, a nawet pietruszka i seler. Miesiąc przed wyjazdem nie powinniśmy używać kosmetyków zawierających kwasy, retinoidy czy wit. A.

Tolerancję słońca możemy natomiast zwiększyć, jeśli na kilka tygodni przed urlopem zaczniemy pić zawierający beta karoten sok marchwiowy ewentualnie zażywać tabletki z tym składnikiem, chociaż my stawiamy raczej na naturę i radzimy pozyskiwać go z diety, nie suplementacji. Beta karoten to naturalny barwnik, który delikatnie zmienia koloryt naszej skóry na ciemniejszy i zmniejsza ryzyko poparzenia słonecznego. Do tego jest bardzo silnym przeciwutleniaczem, który wyłapując wolne rodniki zapobiega starzeniu się skóry i zmniejsza ryzyko uszkodzenia komórek skóry wystawionej na działanie promieni słonecznych.

Wybierz dobry krem

W sezonie letnim w każdym sklepie jest ogromy wybór kosmetyków przeciwsłonecznych. Trzeba się starannie zastanowić, by wybierać takie, które są najodpowiedniejsze dla nas i naszej skóry. Z punktu widzenia ochrony przed słońcem warto wiedzieć, że ultrafiolet także składa się z fal o różnej długości. Promieniowanie UVA powoduje szybkie opalanie skóry, jej starzenie i zmarszczki, promieniowanie UVB opala wolniej, ale powoduje oparzenie i zmiany nowotworowe skóry. Najniebezpieczniejsze promieniowanie UVC, szczęśliwie, jest wychwytywane przez atmosferę i na ziemię już nie dociera. Jeszcze niedawno nie doceniano negatywnego wpływu promieni UVA i starsze preparaty ochronne mają tylko filtry przeciw UVB. Dlatego, kupując kosmetyki, warto spojrzeć na ich skład. Dobry filtr przeciwsłoneczny to taki, który chroni przed pełnym spektrum promieni UV (UVA i UVB) i nie ulega rozkładowi pod wpływem słońca, czyli jest fotostabilny.

Zasadniczo filtry można podzielić na mineralne, zwane również fizycznymi, i chemiczne, zwane także organicznymi. Pierwsze działają na zasadzie lusterka, tzn. odbijają promieniowanie słoneczne. Zaliczamy do nich dwa naturalne pigmenty mineralne - tlenek cynku (zinc oxide) i dwutlenek tytanu (titanium dioxide). Oba uważane są za filtry o tzw. szerokim spektrum, tzn. chroniące zarówno przed UVA, jak i przed UVB. Filtry mineralne są dobrze tolerowane, nie powodują podrażnień. Niestety, mają też wadę: intensywnie biały kolor - posmarowani nimi, zwłaszcza na twarzy, prezentujemy się jak klaun przed występem

Filtry chemiczne to związki, które powodują absorbcję promieniowania UV i zamieniają ją na energię zwiększając swoją temperaturę. Niestety, pod ich wpływem skóra paruje, tracąc swój optymalny poziom nawilżenia. Dodatkowo, filtry chemiczne mogą alergizować. Filtry chemiczne chroniące przed UVB to m.in. Ethylhexyl Methoxycinnamate, Octyl Methoxycinnamate, Octyl Salicylate, 4-Methylbenzylidene Camphor, Octisalate. Przed UVA ochronią nas: Oxybenzone, Buthyl Methoxydibenzoylmethane, a tzw. szerokie spektrum czyli zdolność wychwytywanie fal UVA i UVB mają: Terephthalylidene Dicamphor Sulfonic Acid, Drometrizole Trisiloxane, Tinsorb M.

Bardzo ważną cechą filtrów jest fotostabilność. Przykładowo Butyl Methoxydibenzoylmethane, choć skuteczny, bardzo szybko się rozkłada pod wpływem słońca, powinien więc występować w towarzystwie innych filtrów. Najlepiej zrobimy starannie analizując skład wybranego kosmetyku lub kupując tylko produkty uznanych marek.

Jaki faktor nas ochroni

Na etykiecie znajdziemy także wartość SPF (sun protection factor), która oznacza moc ochronną przeciw promieniom UVB (możliwe jest też francuskie oznaczenie IP lub niemieckie MPI). Produkty z SPF 2 blokuje 50 proc. promieniowania, SPF 15 - 93,3proc., SPF 30 - 96,7proc, a SPF 50 - 98proc.. Błędne jest założenie, ze stosując filtr określonej wysokości możemy przebywać na słońcu 15, 30 czy 50 razy dłużej. Zadaniem kosmetyków do opalania jest ochrona, a nie wydłużenie czasu przebywania na słońcu. Faktor dobieramy do naszego fototypu. Jeśli jest on północno europejski powinniśmy zacząć od 30, by w drugim tygodniu zdecydować się na 15 lub 20, jeśli środkowoeuropejski to zaczynamy od SPF 20-25, by zejść na 15. Osoby w typie południowoeuropejskim mogą przez cały urlop stosować kosmetyki z faktorem 15 lub niższym.

Do tej pory nie powstała jednolicie używana skala określająca zdolność ochrony przed promieniowaniem UVA. Wiele firm stosuje PPD (Persistant Pigmentation Darkening). Zasadniczo, im ten wskaźnik wyższy, tym lepsza ochrona. Niestety, np. wskaźnik PPD 10 spotykany na opakowaniu jednego producenta, nie musi odpowiadać tej samej wartości innego producenta.

Warto zwrócić też uwagę na wskaźnik IR, jeśli jest oznaczony - jest to faktor ochrony przed promieniowaniem podczerwonym, co ma duże znaczenie dla cery naczynkowej.

Trzeba też pamiętać, że kosmetyki działają odpowiednio, gdy są obficie stosowane - krem z filtrem powinniśmy aplikować tak, by otrzymać wyczuwalna warstwę. Nawet, jeśli preparat określany jest, jako wodoodporny, to po wyjściu z wody należy ponowić aplikacje. Trzeba także pamiętać o ochronie oczu, ust i włosów przed promieniowaniem UV. Pomogą nam w tym okulary ze specjalnym protektorem, szminki z filtrami, kapelusze lub specjalne olejki z ochroną UV do wmasowania we włosy.

Na plaży

Bezpieczne opalanie się polega na stopniowym przyzwyczajaniu skóry do coraz większych dawek słońca. Kąpiele słoneczne należy rozpocząć od 15-20 min zwiększając codziennie czas opalania o ok. 10 min. Najodpowiedniejszą porą na opalanie są godziny od 7. do 11. rano lub od 15. do 17. popołudniu, a najkorzystniejszą formą jest kąpiel słoneczna w ruchu gdyż rzadziej wtedy dochodzi do przegrzania organizmu, opalenizna jest trwalsza i bardziej równomierna. Pamiętajmy, że część promieni słonecznych ulega odbiciu od powierzchni ziemi, wody, piasku - jeśli spacerujemy, wystawiamy się także na ich działanie.

Jeśli zastosujemy się do wskazań dotyczących czasu opalania i odpowiednich filtrów ochronnych nie powinna nas spotkać niemiłą przygoda. Przedawkowanie promieni słonecznych powoduje tak zwane oparzenie słoneczne, które jest w rzeczywistości ostrym zapaleniem skóry. W kilka godzin po opalaniu pojawia się bolesny rumień, a czasem nawet pęcherze, które goja się pozostawiając ciemne przebarwienia. W kilka dni później zmieniona skóra zaczyna schodzić płatami. Równocześnie może dojść do ogólnego przegrzania organizmu czyli udaru cieplnego. Jest to wynik działania promieni podczerwonych. Objawami udaru cieplnego są: ból głowy, temperatura, uczucie ogólnego rozbicia, a nawet utraty przytomności. Jeśli objawy są nasilone trzeba natychmiast udać się do lekarza. Jeśli cierpimy tylko z powodu szczypiących pleców powinniśmy pójść do najbliższej apteki po leczniczą piankę lub maść.

 
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Lekarz Dermatolog Manchester 01617071983

Poznaj nasze opinie: Seks i słońce chodzą w parze

To nie przypadek, że seksualne przygody zazwyczaj przytrafiają się nam latem.


Więcej czasu, okazji, ale i apetyt na figle większy.


Zadbała o to sama natura, a naukowcy odkryli, dlaczego tak się dzieje.

 
Czytając "Pantaleona i wizytantki" klasyka Mario Vergasa Llosy trudno przeoczyć eksponowany związek pomiędzy pobudzeniem seksualnym, a klimatem. Rozgrzane ciała domagają się pieszczot i uwagi. Męskie zmysły nie mogą pozostać obojętne na odsłaniane fragmenty ciał niewieścich, a i bez doznań wzrokowych wyobraźnia pracuje intensywnie. Problem staje się tak, nomen omen, palący, że władze potrzebują systemowego rozwiązania... To oczywiście tylko literatura. Zarazem jednak i nauka pochyla się nad kwestią, dlaczego latem bardziej nam się chce. I czasem coś tam ciekawego odkryje.

Jasne, jak słońce

Sporo w tej kwestii wiemy sami, bez szkiełka i oka mędrca. Obiektywnie trudniej przecież zapanować nad ciałem, gdy wokół golizna, a przynajmniej sukienki krótsze, dekolty głębsze, szorty opięte na męskich pośladkach (panie też patrzą!). Z drugiej jednak strony i na krytych pływalniach pojawiamy się w bajecznych strojach kąpielowych, a seksapilu czepki nie pozbawiają przecież wszystkich... Tymczasem namiętności basenowe są słabsze od tych, które gnają do siebie plażowiczów. To latem (a i prawdziwą wiosną) budzą się zmysły.

Pod wpływem słońca wzrasta produkcja endorfin, nieprzypadkowo zwanych hormonami szczęścia. Dzięki nim stajemy się bardziej otwarci na nowe znajomości, doświadczenia, płeć przeciwną, nawet odrobinę szaleństwa. Zatem panowie skuszeni niewieścimi wdziękami, przechodząc do ataku, napotykają na mniejszy opór. Coraz częściej sami stają się też jawnym obiektem zainteresowania dam, gdyż kobiety wyzwolone nie czekają w kącie, aż ktoś je odkryje... Gdy robi się gorąco na zewnątrz, łatwiej o uczucia gorące i w stałych związkach. Pary z wieloletnim stażem niejednokrotnie odkrywają, że okres, gdy wiało chłodem, przeminął. Zatem, jeśli czujecie, że między wami ciągle jest nie tak, jak być powinno, warto uzbroić się w cierpliwość. Gdy słońce wyjdzie zza chmur: kto wie?

Nie bez znaczenia jest czas wolny. Zapominając o codzienności, obowiązkach, stresach, zazwyczaj jesteśmy bardziej otwarci na przygodę (nawet z własną żoną).

D i testosteron

Dobry humor, odwaga i okazja to trochę mało, by wyjaśnić, dlaczego w ciepłe dni nasze myśli częściej krążą wokół seksu. Naukowcom, przynajmniej częściowo, udało się tę zagadkę rozwikłać.

Podczas kontaktu skóry z promieniami słonecznymi nie tylko rośnie poziom witaminy D, ale i testosteronu. Ten hormon, chociaż nazywany męskim, jest wytwarzany zarówno przez organizm mężczyzny, jak i kobiety. Stężenie u pań jest oczywiście zdecydowanie niższe (w wieku rozrodczym nawet 20-krotnie), ale nie oznacza to, że pozostaje bez znaczenia dla seksualności. Niedobór testosteronu u obu płci wpływa negatywnie na samopoczucie, powoduje spadek poczucia wartości, a nawet prowadzi do depresji. Wyraźnie obniża się popęd płciowy i zainteresowanie seksem, kobiety trudniej osiągają orgazm. To naturalne zjawisko w okresie menopauzy może dopaść w każdym wieku, a zwłaszcza po długiej zimie. Do produkcji testosteronu niezbędna bowiem jest witamina D. Nasz organizm umie ją wytwarzać samodzielnie, pod wpływem promieni słonecznych. Można ją również uzupełnić, dbając o odpowiednią dietę, przede wszystkim obfitującą w tłuste ryby i inne owoce morza, a także nabiał.

Badania, prowadzone między innymi w Austrii, pokazały, że średnie ilości testosteronu w krwi w ciągu roku podlegają dokładnie takim samym wahaniom, jak witaminy D. Zawartość witaminy D w męskim organizmie jest najwyższa latem, aby od października intensywnie spadać, do osiągnięcia najniższego poziomu w marcu. A potem, stopniowo, w górę... No, chyba, że aura zawodzi.

Australijskim badaczom z University of Sydney udało się również dowieść, że witamina D wpływa nie tylko na apetyt na seks, ale i zdolności prokreacyjne mężczyzn. U 30% mężczyzn cierpiących na niepłodność stwierdzono niedobory witaminy D i poddano ich niecodziennej terapii: w ramach "leczenia" panowie zostali zobowiązani do codziennego, przynajmniej półgodzinnego, spaceru po słonecznej plaży. Nie stosowano żadnych innych środków medycznych, a aż 40% spośród nich w krótkim czasie doczekało się potomstwa.

Odpływamy

Ciało pieszczone przez promienie słoneczne chce więcej pieszczot. Kontakt skóry z wodą to także specyficzny, pobudzający zmysły, masaż. Zbliżające się lato zaserwuje nam zatem mnóstwo pokus. A zanim doczekamy? Czyż w niespodziewanie chłodny wieczór, gdy kaloryfery wyłączone, może być coś fajniejszego od wtulenia się w bliską osobę? Wspólne rozgrzewanie nie tylko daje przyjemność, ale i zwiększa odporność. Aktywność seksualna wpływa przecież na produkcję immunoglobulin (IgA), niezbędnych do skutecznego zwalczania infekcji.

Tylko żeby nam się chciało, trzeba zadbać o dietę. Wprawdzie naukowcom nie udało się ostatecznie udowodnić, czy witamina D pochodząca z pożywienia (czyli głównie D1) ma dokładnie takie samo działanie, jak ta słoneczna (D3), na pewno warto zaryzykować. Zwłaszcza, że owoce morza to uznane afrodyzjaki.
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Seksuolog Manchester 01617071983

Poznaj nasze opinie: Ruszył sezon na strączki!

Bób, fasolka szparagowa, wkrótce zielony groszek...


Strączki świeże, zielone, pyszne. Przede wszystkim zdrowe.


Ten, kto wierzy, że ich rola to przede wszystkim produkcja gazu w naszych jelitach, grubo się myli.

Młode łatwiejsze

Warzywa strączkowe to przede wszystkim skarbnica znakomitego białka. Pozwalają dorosłym wegetarianom skonstruować bezmięsną dietę bez ryzyka dla zdrowia. Dla wszystkich są źródłem budulca, które nie jest zarazem otoczone ciężkim tłuszczem. Optymalny kompleks aminokwasów rośliny strączkowe tworzą wraz ze zbożami, stąd polecane połączenia w menu, np. fasolki z ryżem, soczewicy z jęczmieniem czy kaszy jaglanej z ciecierzycą. Wartościowe białko ze strączków jest tak pożywne, a zarazem zdrowe, że poleca się je nawet w dziecięcej diecie. Zwłaszcza, że poza materiałem budulcowym dla kości czy mięśni, w tych roślinach sporo także krwiotwórczego żelaza, przyjaznych układowi nerwowemu witamin z grupy B, a także ułatwiającego trawienie błonnika.

Jak to się zatem ma do faktu, że strączkowe wzdymają, sprzyjają nadprodukcji gazów, mogą powodować bóle brzucha? Przede wszystkim ważne, co jemy, jak przygotowujemy posiłki i czym je przyprawiamy. Problemów trawiennych można uniknąć, znając podstawowe zasady.

Problemy trawienne dotyczą przede wszystkim potraw przyrządzanych z suchych nasion strączkowych - zimowa fasolówka i grochówka to najlepsze przykłady. Świeże, zielone rośliny są lekkostrawne. Jeśli jednak masz wyjątkowo wrażliwy żołądek, dodaj do nich ziół (nasiona kopru włoskiego, kminek, majeranek), a nie powinno być żadnych problemów. Suche strączkowe także warto podczas przygotowywania potraw potraktować tymi przyprawami. Wcześniej jednak koniecznie:

- warzywa strączkowe namaczamy przed gotowaniem. Nie musisz namaczać roślin młodych, podobnie jak soczewicy,

- by efekty przyniosło moczenie suchego nasiona, powinno trwać co najmniej kilka godzin, a najlepiej kilkanaście (czyli namaczanie dzień przed gotowaniem). Najkrócej moczymy groch, najdłużej ciecierzycę i soję,

- namoczone warzywa przed gotowaniem płuczemy i zalewamy świeżą wodą,

- pierwsze 10 minut gotowania strączkowych - bez przykrycia, na sporym ogniu. Nie dotyczy łuskanego grochu i soczewicy,

- solimy wodę dopiero w połowie planowanego czasu gotowania,

- poza dodaniem przypraw (poza wymienionymi wyżej kuchnia indyjska przeciw wzdęciom poleca jeszcze czosnek i imbir), by usprawnić trawienie, pod koniec gotowania warto też dodać odrobinę octu jabłkowego lub winnego.

Bobem w cholesterol

Miękki, świeży, pyszny zapewni nam mnóstwo wartościowego błonnika: zawiera go aż 5,8 g w każdych 100 g warzywa. Trudno podać precyzyjnie, ile ma kalorii, bo rozbieżności w dostępnych źródłach są spore (od 36 do 66 kcal w 100g), ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, gdyż nie są to puste kalorie z łatwością odkładające się w formie tłuszczu, a dobre, wartościowe, pochodzące głównie z węglowodanów złożonych, które zapewniają sporo dobrej energii, a przede wszystkim uczucie sytości na dłużej. Dzięki temu jemy mniej i w efekcie bezpiecznie dla zdrowia oraz sylwetki.

Spośród witamin z grupy B ma najwięcej niacyny (aż 3,2 mg na 100 gramów, przy zapotrzebowaniu dobowym osoby dorosłej ok. 15 mg, ale i zastrzeżeniu, że nie wszystko się przecież wchłonie). Niacyna, zwana też witaminą PP, wspiera intensywnie układ krwionośny, nie tylko współtworząc czerwone krwinki i rozszerzając naczynia krwionośne (co ułatwia w nich przepływ krwi, a wraz z nią tlenu, substancji odżywczych), ale przede wszystkim obniżając poziom "złego" cholesterolu (LDL) i sprzyjając wzrostowi "dobrego" (HDL).

Inne skarby bobu to choćby potas, wapń, fosfor, magnez, witamina A, C i E. Zatem: dla serca, dla odporności, dla urody, dla kości, dla lepszego nastroju nawet - warto jeść bób!

Zielony groszek - odmładzająca słodycz

Znacie kogoś, kto oprze się zielonemu groszkowi cukrowemu prosto ze świeżych strąków? Roślina jest tak łatwa w uprawie, że można się ich doczekać i na balkonie, kilka razy w jednym sezonie. Zielony groszek to wyjątek wśród strączkowych - można go jeść i na surowo. Pasuje do wszelkich sałatek, zapiekanek, omletów. Dzięki konserwacji możemy cieszyć się nim przez cały rok - ten z puszki nadal obfituje w witaminy i minerały. Doskonale nadaje się do mrożenia. Fantastyczny jest groszek gotowany - najczęściej podajemy go z marchewką, pasuje także do lekkiej zupy, nadając jej smak ceniony przez dzieci (łagodny, lekko słodkawy).

W zależności od odmiany 100 g groszku zawiera 43 do 75 kcal. My go jednak cenimy nie za to. Jak każde warzywo zielone, dostarcza sporo krwiotwórczego żelaza, a także inne minerały: potas, fosfor, cynk, wapń, magnez. Można zatem śmiało powiedzieć, że wspiera nasz nastrój, mięśnie, kości, serce. Zawiera witaminy z grupy B (w tym potrzebny nie tylko ciężarnym kwas foliowy), wzmacniającą naczynia włosowate witaminę K, a także, nieprzypadkowo nazywaną witaminą młodości, witaminę E. Ma jeszcze więcej błonnika niż bób (5,8 g na 100 g). Obfituje w antyoksydanty, "odmładzające" nasz układ żylny, co zapobiega wielu chorobom serca, udarom, miażdżycy czy artretyzmowi (zwłaszcza temu związanemu ze zbyt wysokim stężeniem kwasu moczowego we krwi).

Dzięki luteinie i witaminie A, groszek dba też o nasze oczy, zapobiegając zwyrodnieniu plamki żółtej i katarakcie (zaćmie związanej z wiekiem), a także tzw. kurzej ślepocie.

Chociaż jak inne strączkowe jest znakomitym źródłem białka (6,5 g na 100 gramów), zdecydowanie więcej w nim węglowodanów (12,5 g). Stąd rośliny strączkowe, chociaż zapobiegają cukrzycy i są cennym wsparciem przy dietach odchudzających, nie są polecane niektórym chorym na cukrzycę. To, czy możesz jeść coś więcej niż bób (tego zwykle restrykcje nie obejmują) i w jakiej dawce, zależy od aktualnego stanu zdrowia, wyrównania poziomu cukru, etc. Stąd, jeśli masz problem z cukrzycą, kwestię strączków w diecie trzeba zawsze uzgodnić z diabetologiem. Zwykle udaje się ustalić ich bezpieczną sezonową dawkę.

Fasolka szparagowa - przyjaciółka kobiety

Właściwie większość zalet przypisanych zielonemu groszkowi, przypada też w udziale szparagówce. Nie można jej wprawdzie jeść na surowo, ale i ona dostarczy nam cennego błonnika (mniej , jednak też sporo: 3,9 g), witamin i minerałów. Samodzielnie nie doprowadzi nas do nadwagi, jednak obsmażana w głębokim tłuszczu z bułką tartą (kto takiej nie lubi?) już taka zdrowa nie jest. Jeśli z wody ci nie smakuje, postaraj się dodać do niej sporo aromatycznych ziół. Ułatwią procesy trawienne i nadadzą fasolce bardziej wyrazistego smaku.

O tym, jak bezpiecznym daniem jest fasolka szparagowa, jest choćby fakt, że można ją wprowadzać do dziecięcej zupki już w 7. miesiącu życia. Malec około roku może ugotowaną fasolkę jeść już samodzielnie. Istotne tylko, by była bez łyka i świeża. By się o tym przekonać już przy zakupie, strąk wystarczy przełamać. Świeży wydaje charakterystyczny trzask. Niestety, poza pierwszymi dniami sezonu fasolkę bez łyka trudno dostać. Trzeba je po prostu ściągać przed gotowaniem (zwykle to nietrudne - samo się "ciągnie" wraz z odcinaną końcówką).

Fasolka szparagowa dba o kobiety. Jest doskonałym źródłem kwasu foliowego, witaminy dbającej o prawidłowy rozwój układu nerwowego płodu, ale i emocjonalnej kondycji jego mamy, zwłaszcza po porodzie. To zielone warzywo obfituje także w fitoestrogeny, dlatego nie powinno go zabraknąć w diecie pań po czterdziestce. Gdy spada produkcja kobiecych hormonów, nieprzyjemne dolegliwości z tym związane mogą pojawić się już na długo przed menopauzą. Fitoestrogeny chronią przed uderzeniami gorąca, ale i osteoporozą.

Nie lubisz jajek? Nie szkodzi. Białko z jajek bez trudu zastąpisz tym z fasolki, a zarazem nie doładujesz się cholesterolem. Wręcz przeciwnie: fasolkowy błonnik skutecznie wiąże cząsteczki tłuszczu, obniżając poziom cholesterolu.
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Dietetyk Manchester 01617071983

 

 

Wednesday, 26 June 2013

Poznaj nasze opinie: Znakomite koktajle - nie tylko źródło orzeźwienia

Dobrze schłodzone, pełne zdrowia, na pewno sprawdzą się w gorące dni.


Zarazem, w zależności od składników, pomogą się zrelaksować, bądź zregenerować, pobudzą, wzmocnią odporność.


Poznaj nasze cztery propozycje - moc dobrej energii.
Wzmocnij odporność truskawkami z kiwi

Truskawki, kiwi, gruszki, jogurt naturalny - to składniki koktajlu-pewniaka dla odporności. Proporcje? Po prostu tak, jak lubisz, ale na pół szklanki jogurtu optymalna dawka to szklanka truskawek, jedna gruszka i kiwi. Truskawki możesz lekko zmrozić: nie stracą zbyt dużo wartości odżywczych, a zarazem pozwolą na szybkie ochłodzenie w upał. Ostrożność muszą jednak zachować ci, którzy mają wrażliwe gardła.

Dlaczego to jest dobre?

Truskawki i inne dodatki w tym koktajlu mają na celu dostarczenie wzmacniającej układ immunologiczny witaminy C. Na nic jednak się zda, jeśli ostre wychłodzenie gardła spowoduje chwilowe zachwianie termoregulacji, w jej wyniku spadek odporności i przebudzenie "uśpionych" mikrobów. Truskawki z kiwi i gruszkami (niekonieczne, ale poprawiają smak, a zarazem dodają jeszcze cennej witaminy w koktajlu) zmiksuj w blenderze wraz z jogurtem naturalnym. Pamiętaj, że to one zapewnią zastrzyk dobrych bakterii probiotycznych, których nie ma w słodkim mleku. Probiotyki dbają o nasze jelita, a to w nich znajduje się centrum zarządzania odpornością.

Zregeneruj siły z jagodami i bananem

Jagody możesz mocno schłodzić. Dodaj do nich pokrojonego banana, łyżkę miodu. Całość zalej mlekiem o niskiej zawartości tłuszczu. Błyskawicznie staniesz na nogi!

Dlaczego to jest dobre?

Czarne jagody (nie jakieś tam amerykańskie) mają najwięcej antyoksydantów, czyli stanowią zbawienie dla osłabionego gorącem organizmu. Kochają nasze serca, chronią układ pokarmowy, pomagają ekspresowo usunąć wszelkie toksyny z organizmu. Banan to owoc bardzo pożywny. Sporo w nim cukru, naturalnego paliwa dla mózgu, który błyskawicznie się wchłania i wraz z krwią trafia do wszelkich komórek organizmu. Poprawia też nastrój, gdyż zawiera tryptofan, aminokwas przekształcany przez organizm w serotoninę, zwaną hormonem szczęścia. Miód nie dość, że jeszcze przyspieszy proces regeneracji, to jeszcze wspomoże układ odporności. Ten bywa nadwyrężony nie tylko jesienią i zimą. Skoki temperatur, zimna woda w jeziorze, obfitość mikrobów w jedzeniu - latem też bywamy narażeni na infekcje.

Obudź się z marchewką i ananasem

Klasyczny sok z marchwi, chociaż jest niewątpliwym źródłem młodości i energii, dla wielu osób jest po prostu zbyt mdły. Zarazem sam korzeń też jest niezwykle wartościowy, choćby ze względu na zawartość błonnika, a nie skorzystamy z niego stawiając na sam sok. Zatem, nie tylko w upalne dni, proponujemy marchewkę zmiksować. Najlepiej z ananasem (ewentualnie jego sokiem, by napój nie był zbyt gęsty), selerem (korzeniowym, bądź naciowym) i kiełkami pszenicy. Taki napój pobudzi nasz mózg do pracy, wyostrzy pamięć i apetyt na życie, a także poprawi urodę. Jest smaczny, chociaż optymalne proporcje składników najlepiej dobierać metodą prób i błędów. Lubisz koktajle bardziej słodkie, dodaj więcej ananasa. O ostrzejszym smaku? Przełam go selerem naciowym. Kieruj się własnym gustem, bo proporcje nie są aż tak istotne. Naturalnego zdrowia nie przedawkujesz.

Dlaczego to jest dobre?

Ananas nieprzypadkowo został doceniony przez producentów suplementów diety. My jednak postawmy na naturę. Dzięki zawartości enzymu bromelainy ten owoc ułatwia nam przyswajanie białek (i chroni szczupłą sylwetkę), ale i rozluźnia napięte mięśnie. Zatem, jeśli masz za sobą ciężką noc, a praca czeka, zacznij dzień takim koktajlem. Będzie łatwiej. Moc soli mineralnych i witamin z grupy B w składnikach naszej mieszanki pobudzi szare komórki do efektywnego wysiłku. Marchewka, z pomocą potasu i witaminy A oraz cennych barwników, zapewni także twojej skórze jędrność, gładkość i ładny kolor. A czyż dobry wygląd nie dodaje nam energii?

Ważnym dodatkiem w tym koktajlu jest lecytyna. Prawdziwe źródło młodości, wspomagające sprawność fizyczną, pamięć i koncentrację. Nie tak łatwo pozyskać ją z natury: znajdziesz ją jednak w orzechach, siemieniu lnianym i właśnie pszenicznych kiełkach.

Relaksuj się na zielono

Trudno znaleźć modny klub, który nie serwuje zielonych drinków. I dobrze, szczególnie, gdy kolor zawdzięczają naturze. Nie polecamy jednak więcej niż jednej porcji alkoholu w gorące dni, jeśli chcecie wrócić do domu na własnych nogach. Proponujemy natomiast bezalkoholowy zielony koktajl z kapusty włoskiej, pietruszki, selera naciowego i brokułów. Za dużo tej zieleni? Dla poprawy smaku można dodać marchew i pomidorki koktajlowe, zwłaszcza, że podkręcą i walory zdrowotne napoju.

Żeby koktajl nie był zbyt gęsty, a kawałki warzyw nie wchodziły w zęby, liście kapusty, seler, pietruszkę i marchewkę radzimy przepuścić przez sokowirówkę. Resztę zmiksować, ewentualnie pomidory wykorzystać do ozdoby drinka, ale potem, oczywiście, zjeść.

Dlaczego to jest dobre?

Wszystkie zielone warzywa mają znakomity wpływ na pracę wątroby, jelit, nawet na układ oddechowy. Są naturalnymi lekami na stres, głównie dzięki zawartości witamin z grupy B. W stresowych sytuacjach szczególnie szybko tracimy jedną z nich, kwas pantotenowy, zatem uzupełnienie niedoboru solidnym koktajlem pozwoli uniknąć znużenia i osłabienia.

Podenerwowani szybko tracą także magnez, a jego odpowiednia ilość jest niezbędna do zachowania wigoru i dobrego nastroju. Pietruszka i kapusta pomogą uzupełnić jego poziom. Równie ważny jest potas (przeciwstresowy przyjaciel serca), który zawierają pomidory i seler. Twój układ krążenia dostanie też wsparcie dzięki likopenowi z pomidorów. Wprawdzie najłatwiej go przyswoić, gdy pochodzi z warzyw podgrzanych, jednak i z surowych jest nie do pogardzenia.

 
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Dietetyk Manchester 01617071983

 

 

Poznaj nasze opinie: Substancje dodatkowe w żywności - sztuczne i niebezpieczne dla zdrowia?

Zdecydowana większość dostępnych na naszym rynku produktów spożywczych ma w swoim składzie substancje dodatkowe, oznaczane symbolem E i numerem indentyfikacyjnym wg systemu międzynarodowego INS (International Numbering System).


Co powienieneś wiedzieć o sztucznych słodzikach, barwnikach i polepszaczach? Co kryje w sobie E?


Każda z substancji dodatkowych, aby być dopuszczona do produkcji żywności, musi posiadać pozytywną opinię Komitetu Ekspertów FAO/WHO ds. Żywności, a w Unii Europejskiej - Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności. Instytucje te poddają substancje ocenie pod względem ryzyka dla zdrowia konsumenta, wynikającego z ich spożycia. Obecnie zasady użycia substancji dodatkowych (tj. dawki, kategorie produktów, do których można je dodawać) określone są w obligatoryjnym dla wszystkich Państw UE rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) Nr 1333/2008 z dnia 16 grudnia 2008 r.

Substancje dodatkowe, czyli co?

W powszechnej świadomości konsumentów określenie "substancje dodatkowe" jest synonimem przede wszystkim konserwantów, co nie do końca odpowiada stanowi faktycznemu. Substancje dodatkowe dzieli się na 26 kategorii, z czego dla przykładu można wymienić: barwniki, substancje słodzące, wzmacniacze smaku, stabilizatory, substancje konserwujące, polepszacze.

Szkodzą zdrowiu?

Kolejnym mitem powielanym przez konsumentów jest to, że dodatki do żywności są substancjami wytworzonymi w sposób sztuczny, ergo nie są one bezpieczne dla zdrowia. Tymczasem, wiele z substancji dodatkowych stosowanych przez przemysł spożywczy występuje w naturze np. kwas benzoesowy zawarty w malinach, śliwkach czy borówkach.

Zgodnie z rozporządzeniami unijnymi, producenci żywności muszą oznaczyć użycie substancji dodatkowych poprzez podanie symbolu E wraz z odpowiednim numerem indentyfikacyjnym oraz podanie funkcji technologicznej, którą dana substancja pełni w środku spożywczym.

Substancje słodzące - co powinieneś o nich wiedzieć?

Duże znaczenie w produkcji żywności "light", czy żywności o obniżonej wartości energetycznej lub bez cukru sprawują substancje słodzące. Wśród najbardziej znanych znajdują się:

1. Intensywne substancje słodzące (m.in.: acesulfam K E 950, aspartam E 951, sukraloza E 955). Ich słodkość wielokrotnie przewyższa siłę słodzącą sacharozy. Dlatego też, substancje te stosowane są w bardzo małych ilościach, tak więc nie mają wpływu na wartość energetyczną produktu.

Należy pamiętać, że produkty zawierające aspartam (E 951) lub sól aspartamu i acesulfamu (E 962) nie mogą być spożywane przez osoby chore na fenyloketonurię. Stąd też producenci są zobligowani przez prawo unijne do umieszczania stosownych informacji na opakowaniach.

2. Poliole (m.in: sorbitol E 420, ksylitol E 967) to substancje charakteryzujące się niższym poziomem słodkości niż sacharoza przy niższej wartości energetycznej. Nadmierne spożycie produktów zawierających poliole może powodować zakłócenia perystaltyki. Na etykietach produktów zawierających poliole w stopniu przekraczającym 10% musi być zamieszczona adnotacja, że spożycie tych produktów w nadmiernych ilościach może mieć efekt przeczyszczający.

Produkty, do których zastosowano substancje słodzące muszą być oznakowane, że produkt zawiera substancje słodzące. W przypadku dodatku zarówno cukru, jak i substancji słodzących - taka informacja musi znajdować się na etykiecie produktu.

Barwniki - aby produkt pięknie się prezentował

Aby produkt spożywczy miał bardziej atrakcyjny wygląd, do produkcji często wykorzystuje się barwniki. Mogą się one znaleźć w produktach takich jak: wyroby cukiernicze, wyroby ciastkarskie, pieczywo cukiernicze, desery, lody, napoje bezalkoholowe. Na etykietach produktów, które zawierają następujące barwniki: żółcień pomarańczową (E 110), żółcień chinolinową (E 104), azorubinę (E 122), czerwień Allura (E 129), tartrazynę (E 102), czerwień koszenilową (E 124) pojawia się dodatkowa informacja o możliwym szkodliwym wpływie tych barwników na aktywność i skupienie uwagi u dzieci.

Zabijają drobnoustroje, ale nie należy ich spożywać w nadmiarze

Warto zauważyć, że niekiedy użycie substancji dodatkowych do produktu spożywczego jest koniecznością, aby móc zapewnić odpowiednią jakość i bezpieczeństwo wyrobu. Przykładem są wędliny peklowane, do produkcji których wykorzystuje się azotyny (E 249-E 250), które skutecznie hamują drobnoustroje odpowiadające za powstawanie toksycznego jadu kiełbasianego. Należy jednak pamiętać, że nadmierne spożywanie produktów zawierających substancje dodatkowe może wiązać się z potencjalnym ryzykiem dla zdrowia. Dlatego wskazane jest stosowanie urozmaiconej diety, wybieranie żywności jak najmniej przetworzonej, przestrzeganie zasad dobrego żywienia, a przy wyborze produktów spożywczych - kierowanie się informacjami umieszczonymi na etykietach.
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Dietetyk Manchester 01617071983

 

Tuesday, 25 June 2013

Poznaj nasze opinie: Aleksytymia: źródło wojny damsko-męskiej?

On "w ogóle cię nie rozumie"?


To możliwe!


Analfabetyzm emocjonalny jest dość częstym zjawiskiem. Osoba nim dotknięta ma trudności z nazywaniem i wyrażaniem uczuć. Czasem dotarcie do nich bywa możliwe dopiero z pomocą psychoterapeuty.

Jeśli związałaś się z mężczyzną, który sprawia wrażenie wyjątkowo logicznego i rozsądnego, przyjrzyj się uważniej, czy tak jest w istocie. Zwłaszcza, gdy na co dzień wieje od niego chłodem. Możliwe, że jego lekceważący stosunek do emocjonalnych uniesień, twoich "humorów" i "fantazji", to w rzeczywistości skutek ograniczonej wyobraźni, nieufności wobec uczuć własnych i cudzych, strachu przed miłością. Z osobą dotkniętą aleksytymią trudno porozumieć się najbliższemu otoczeniu, chociaż w opinii dalszych znajomych czy pracodawców nie ma ona zaburzeń emocjonalnych. Potrzebuje ona pomocy, gdyż jest szczególnie zagrożona depresją, skłonna do nałogów, a nawet psychoz i agresji.

Znana sprawa

Oficjalnie pojęcie aleksytymii do psychologii rozwojowo-poznawczej wprowadzono w latach siedemdziesiątych XX wieku, jednak już pierwsi psychoanalitycy mówili o analfabetach emocjonalnych. Dziś termin ten, jako "niepoprawny", odchodzi do lamusa, chociaż dość precyzyjnie oddaje istotę problemu. Aleksytymikiem może być kobieta, jednak statystycznie nie zdarza się to zbyt często. Możliwe, że mężczyźni nie dostrzegają łatwo problemu partnerki, uznając, że jej ograniczona wylewność to nawet zaleta. Tymczasem aleksytymicy są uciążliwi nie tylko dla innych, ale i dla siebie samych. Nie nawiązując porozumienia z własnym wnętrzem, trudniej radzić sobie z codziennymi problemami i docenić radości.

Rozpoznanie

Pierwszy dzień w pracy. Czujesz, że pocą ci się dłonie, drżą łydki, rumieniec oblewa policzki. Rozumiesz, że to naturalne reakcje organizmu na stres. Emocjonalny analfabeta ocenia sytuację zupełnie inaczej. Prędzej sprawdzi, czy kaloryfery nie są za mocno rozkręcone, niż przyzna, że zwyczajnie, po ludzku, się boi. Chętniej uzna, że ma uczulenie na sąsiada (stąd ten rumień), niż pojmie, że krępują go nowe znajomości.

Kiedy aleksytymika dopadnie miłość, wybranka serca nie powinna liczyć na serenady pod oknem, bukiety róż, czy choćby płomienne wyznanie sms-em. Zamglony wzrok aleksytymik będzie chciał leczyć u okulisty, skołowaciały język wytłumaczy sobie zmęczeniem, a bicie serca, na twój widok, pogonią za autobusem. Zadurzenie to ostatnia rzecz, jaką weźmie pod uwagę.

W głębi duszy osoba dotknięta takim zaburzeniem wie, że proste wytłumaczenia nie są prawdziwe. Czasem nawet uświadamia sobie, co czuje. Wierzy jednak święcie, że kierowanie się emocjami jest niebezpieczne, wręcz destrukcyjne. Strach, że nad uwolnionymi uczuciami nie da się zapanować, zmusza do dławienia ich, konsekwentnego ukrywania.

Samotność

"Wszyscy kłamią, a miłość, bliskość i oddanie to iluzja" - zdaje się myśleć aleksytymik, dlatego jest nieszczęśliwy i samotny. Jeśli pozwoli sobie na "chwilę słabości", starannie ją tuszuje: agresją, ironią, albo racjonalizmem. Gdy zdarzy mu się radośnie przekomarzać z dzieckiem, zaraz potem trzy razy sprawdzi jego pokój i surowo skarci za papierek na podłodze. Po upojnym weekendzie z ukochaną opowie o walorach zdrowotnych nieskrępowanego seksu. Gdy kupi ci prezent, na pewno nie będzie to szałowa bielizna. Prędzej mop, albo miniaturowa latarka.

Życie bez zaufania i ciepła z czasem frustruje i rozczarowuje, dlatego wśród mężczyzn dotkniętych aleksytymią tak wielu alkoholików, lekomanów, a nawet samobójców. Zwykle ich nagle zauważalne problemy są szokiem dla otoczenia. Ktoś, kto wydawał się chłodny i racjonalny, nagle przegrywa w obliczu banalnych przeciwności losu. Mężczyźni z aleksytymią nastawieni są na rozwiązywanie zadań. Gdy te ich przerastają, szybko dochodzi do załamania. Bez poznania siebie właściwie niemożliwe jest odkrycie prawdziwych przyczyn porażki. Stąd skłonność do obwiniania otoczenia, "złego losu", "układów", najbliższych.

Lekcje ciepła

Osobom obdarzonym zdolnym do abstrakcyjnego myślenia i fantazjowania żyje się lepiej. Bywają one kluczem do rozwiązywania wielu trudnych sytuacji, spojrzenia na problem z innej strony. Aleksytymik, czyli osoba z zablokowaną wyobraźnią, bywa człowiekiem sukcesu, ale nieraz jedynie do pierwszej porażki. Brak motywacji, entuzjazmu i nadziei sprawia, że poukładany dotąd świat rozpada się na kawałki.

Niełatwo przekonać osobę z tym zaburzeniem, że potrzebuje pomocy. Dopóki pozornie radzi sobie w życiu, wszelkie uwagi na swój temat przyjmuje niechętnie, z lekceważeniem. Gdy przychodzi klęska o rozmowę jeszcze trudniej.

Jeśli zależy ci na twoim aleksytymiku, próbuj. Chociaż będziesz miała wrażenie, że nic do niego nie dociera, na pewno zastanowi się nad tym, co mówisz. Emocjonalny analfabeta bywa piekielnie inteligentny (chociaż społecznie - nie), a jeśli przebiłaś się, choćby częściowo przez jego pancerz, możesz go przekonać. Bojąc się utraty ciebie, czyli porażki, może być bardziej skłonny do współpracy.

Aleksytymia zwykle jest leczona podczas psychoterapii. Zajęcia mają na celu naukę odczytywania emocji otoczenia, a z czasem i własnych, jak w zaburzeniach ze spektrum autyzmu. Okazuje się, że serdeczności i okazywania ciepła można się nauczyć. Także kochania siebie. Po pewnym czasie wyuczone zachowania stają się automatyczne. I chociaż mało prawdopodobne, że twój odmieniony facet stanie się niepoprawnym romantykiem, ale niewykluczone, że w waszym domu zrobi się znacznie cieplej. Pamiętacie Kaja zamienionego przez Królową Śniegu? Trudno było wyjąć odłamki lodu z jego serca, ale w końcu się udało i uleczono małego aleksytymika.

 
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Psycholog Manchester 01617071983

 

Monday, 24 June 2013

Poznaj nasze opinie: Ile płynów potrzebuje twoje dziecko?

Powszechna stała się świadomość, że osoba dorosła powinna codziennie wypijać przynajmniej dwa litry płynów, niezależnie od pory roku.


Zdecydowanie mniej wiemy o potrzebach dzieci, chociaż, paradoksalnie, to właśnie one są w większym stopniu narażone na odwodnienie i inne, niekorzystne konsekwencji niewłaściwego nawodnienia.


Tylko jedna trzecia Polaków pilnuje, by ich dzieci wypijały codziennie odpowiednią ilość płynów. Aż 62% deklaruje, że ich dziecko pije dopiero wtedy, gdy odczuwa pragnienie, chociaż specjaliści podkreślają, że jest ono pierwszym sygnałem odwodnienia.

Już dziewięciolatek powinien wypijać mniej więcej tyle, co osoba dorosła (średnie dobowe zapotrzebowanie na wodę wynosi ok. 2 l dla kobiet i 2,5 litra dla mężczyzn). Oczywiście w zależności od budowy dziecka - te drobnej budowy mogą pić nieco mniej, chociaż nie są to duże różnice. Norma dla kilkulatków po trzecich urodzinach to 1,6 litra (ponad 6 szklanek), dla młodszych dzieci niewiele mniej (patrz tabelka). Z badań przeprowadzonych przez Millward Brown SMG KRC wynika, że rodzice nie są w stanie określić, ile wypija ich dziecko.

Mniej pije? Mniej sika!

Dopóki dziecko jest karmione piersią na żądanie, zwykle nie ma problemów z podażą płynów, bo taki mały człowiek, kierujący się jeszcze instynktem, a nie złymi nawykami, zazwyczaj potrafi zadbać o swoje potrzeby. Ważne oczywiście, by karmiąca mama spożywała jej odpowiednio dużo.

Schody pojawiają się wtedy, gdy zachoruje lub nieco podrośnie i za dostarczanie płynów odpowiadają rodzice. W przypadku poważnych stanów chorobowych, a nawet "banalnej" biegunki czy wymiotów, spowodowanych infekcją wirusową, niejednokrotnie jedynym sposobem skutecznego nawodnienia małego dziecka bywają kroplówki. Na co dzień: nasz rozsądek.

Rodzice powinni zwracać szczególną uwagę na to, ile piją ich dzieci. W rzeczywistości jest jednak inaczej, ponieważ od małego dziecko jest zniechęcane do picia - jest to zauważalne już w przedszkolu. Kiedy dziecko ma jeszcze problem z "wołaniem siku", przymykamy oko na to, że za mało pije, szczególnie, gdy wybieramy się na spacer, w podróż, etc. Tymczasem zmoczone spodnie to naprawdę mniejszy problem niż wypracowanie nawyku picia za mało.

Skutki niedoborów płynów odczuwalne są przez całe życie. Współczesna dieta, obfitująca w żywność przemysłowo przetworzoną zawierającą sporo substancji, których usunięcie wymaga spożycia dodatkowych ilości płynów, zachęca do picia więcej niż przodkowie. Tymczasem... Nawet najmniejsze dzieci spożywają za dużo soli, bo obfituje w nią pieczywo i wypieki, a także produkty konserwowane. "Nadmiar spożywanej w dzieciństwie soli może być w dorosłym życiu przyczyną nadciśnienia tętniczego i chorób serca. O to samo podejrzewa się też niemowlęce odwodnienie w przebiegu np. biegunki czy wymiotów" - przestrzega Ryszard Gellert, członek Rady Naukowej Europejskiego Instytutu Nawodnienia, nefrolog z Kliniki Nefrologii CMKP Szpitala Bielańskiego w Warszawie.

Zbyt zajęte, by pić

Specjaliści Europejskiego Instytutu Nawodnienia ostrzegają, że dzieci i niemowlęta są szczególnie narażone na odwodnienie, ponieważ w porównaniu z dorosłymi, zawartość wody w ich organizmie jest większa (u noworodków wynosi ok. 75% masy ciała). Niemowlęta i dzieci potrzebują wody, aby uzupełniać braki powstałe na skutek oddychania, pocenia się, oddawania moczu oraz intensywnego rozwoju organizmu. Biegunki i wymioty, które są dość częstym zjawiskiem u dzieci i niemowląt, mogą doprowadzić do odwodnienia, jeśli braki wody nie zostaną szybko uzupełnione.

Niemowlęta nie potrafią jasno komunikować swoich potrzeb, a starsze dzieci mogą być zbyt pochłonięte tym, co robią, aby pamiętać o piciu. Niezwykle ważne jest więc, by zapobiegać ich ewentualnemu odwodnieniu, nie tylko w okresie letnim lub podczas choroby, ale także jesienią i zimą, gdy przebywamy w zamkniętych, ogrzewanych pomieszczeniach.

Nie zmuszać, a zachęcać

Według prof. Małgorzaty Kozłowskiej-Wojciechowskiej z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, rodzice i opiekunowie powinni dbać o to, by podawać dziecku płyny regularnie przez cały dzień.

Wiemy, że najłatwiej napić się wodą i wiele dzieci, które mają z nią kontakt od wczesnego dzieciństwa, naprawdę chętnie ją pije. Jeśli jednak twój malec ma już "zepsuty" smak i woda mu nie smakuje, warto podawać soki (rozcieńczone), kompoty, herbatki. Pamiętajmy, że płynów dostarczają także zupki. To nieprawda, że maluchy "domagają się" dosładzania napojów. Najczęściej nie, jeśli ich tego nie nauczymy. Naturalny smak wielu owoców i warzyw zaspokaja dziecięce zapotrzebowanie w tym zakresie. Nauczyliśmy już? Starajmy się maksymalnie ograniczać cukier (glukozę) - do poziomu, w którym dziecko jest w stanie napój zaakceptować. Warto stale jego dawkę ograniczać w sposób niemal niezauważalny.

"Należy także pamiętać o tym, że aż 20-30% zapotrzebowania na wodę pokrywa pokarm, dlatego warto zachęcać dzieci do jedzenia warzyw i owoców, które odznaczają się wysoką zawartością wody i tym samym także biorą udział w nawadnianiu organizmu" - podpowiada prof. Kozłowska-Wojciechowska.

Dzienne zapotrzebowanie na płyny wg Panelu ds. Produktów Dietetycznych, Żywienia i Alergii Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA):



 
Źródło: gazeta.pl

Wpis: Polski Lekarz Pediatra Manchester 01617071983